Jerzy Jaworowski. To dziwne, obdarzałem go uczuciem przyjaźni, choć w gruncie rzeczy spotykaliśmy się za mało, żeby się poznać do końca. Był prawy. I co może jeszcze trudniejsze – dobry. Ujmowało mnie w nim przede wszystkim to, że nie miał w sobie zawiści. Nigdy nikomu niczego nie zazdrościł. Spokojnie na wszystko patrzył i myślał po swojemu. Miał w środku jakąś pogodę. Był bardzo wrażliwy, w taki swój zamknięty sposób, jak mało kto. […]
Ile razy byłem u niego w tym małym pokoiku-pracowni, to zawsze żebyśmy nie wiem od czego zaczęli rozmowę, kończyło się na rysunku, warsztacie i sposobach. Podniecał się, że faktura odcisku, że tusze rozcieńczone, że miesza to z tamtym – miałem nieraz na końcu języka uwagę: nieważne przecież jak, ważne co. Ale zawsze w końcu mówiłem sobie: skoro w nim to siedzi, to znaczy, że jest ważne. […]
Dwa lata temu, na wiosnę, zaczął przymierzać się do własnej wystawy. Przyszedłem, on wyjął z teczek jakieś zupełnie nieznane mi rzeczy, rozłożył, i tu mnie wzięło. Stałem zaskoczony i jakby porażony. To były te szybko, szeroko szkicowane, takie lecące przez powietrze figury tańczących. A także jakby znaki, jakby stemple. Szarość oraz czerń i biel. Jeden ruch ręki. Jestem podejrzliwy co do spontaniczności gestu. Sam u siebie sprawdzam, czy nie za łatwo idzie. Tu była spontaniczność, ale tak kontrolowana, jak u największych mistrzów, że ręka poza planowany tor nie zboczy ani na milimetr. […]
W rozmowach stawiał nieuchwytny znak zapytania. Mówiąc, stale o coś pytał, chociaż tych pytań nie było słychać, jakby chciał ciągle na nowo weryfikować siebie, innych, otoczenie. A przecież jak mało kto tak cholernie kochał to brudne i czyste, wzniosłe i wulgarne, prawdziwe życie...
